Mąż uległ wypadkowi w pracy. To było tylko lekkie stłuczenie w okolicy żeber więc nie zgłaszał nikomu wypadku (nie raz uderzamy się o coś i zostaje tylko siniak). Jednak po dwu dniach zaczęły się bóle w klatce piersiowej, które nasiliły się do tego stopnia, że mąż zgłosił się na oddział ratunkowy w 5-ty dzień po zajściu. Przy przyjęciu powiedział lekarzowi o zdarzeniu w pracy, czyli od czego zaczęły się bóle w klatce, co zostało zapisane w karcie przyjęcia do szpitala. Niestety sytuacja rozwinęła się tak błyskawicznie,że mąż będąc już na oddziale stracił przytomność i po miesiącu zmarł.
W międzyczasie zgłosiłam w imieniu męża wypadek przy pracy. Nie będę opisywać ile to kosztowało mnie nerwów: kontaktowanie się z firmą, traktowanie, niemiłe telefony i wiele innych nieprofesjonalnych zachowań ze strony pracodawcy,
Zakład wyparł się wszystkiego, sporządzili protokół wypadkowy i nie uznali wypadku. Głównym uzasadnieniem było to, iż nikt z pracowników nie widział zdarzenia i mąż odrazu nie zgłosił, że się uderzył.
Złożyłam sprawę w sądzie pracy. Wiem że postępuję słusznie, ale zaczynam wątpić czy warto się boksować. Z tego co widzę zakład robi wszystko abym zaniechała dochodzenia no i oczywiście ich stać na wynajęcie prawnika.
Czy jest jakakolwiek szansa na uznanie wypadku?