Na wstępie chciałbym wszystkich powitać,a także zapytać czy jest sens składania wniosku o odszkodowanie.
Wypadek miał miejsce w lutym br., poślizgnąłem się na chodniku upadając na wyprostowaną rękę. Odczuwałem silny ból i spore ograniczenie ruchomości w nadgarstku. ( prawym).Jako, że wypadek zdarzył się w nocy, na SOR pojechałem rano następnego dnia.Lekarz, po prześwietleniu wykluczył złamanie, zdiagnozował 'Skręcenie i naderwanie nadgarstka prawego' S 63.5. Zalecił ortezę lub szynę i trzymanie w niej ręki przez najbliższe 2 tygodnie.Ortezę zakupiłem na refundację ( 75% o ile pamięć mnie nie zawodzi) NFZ, resztę dopłaciłem z własnych pieniędzy, posiadam rachunek. Po 2 tygodniach objawy nie ustąpiły, wybrałem się więc prywatnie do ortopedy, który podejrzewał złamanie kości łódeczkowatej i skierował na kolejne prześwietlenie, które jednak potwierdziło diagnozę lekarza z SOR-u. Ortopeda powiedział, że przy skręceniach zdarzają się czasem powikłania i zalecił noszenie ortezy przez kolejne 2 tygodnie, a także skierował na rehabilitację.Rehabilitację odbyłem prywatnie, posiadam zaświadczenie o odbyciu rehabilitacji, a także rachunek na kwotę 300zł. Ubezpieczony jestem w PZU, na sumę 25.000zł.
Posiadam :
Zdjęcie z SOR-u,
kartę pacjenta ( tak się to chyba nazywa) od lekarza gdzie zdiagnozowano uraz
rachunek za ortezę
Drugie zdjęcie, które wykonałem prywatnie
Skierowanie od ortopedy na rehabilitację
Rachunek za rehabilitację
Zaświadczenie o odbyciu rehabilitacji
Jest sens składać wniosek o odszkodowanie czy bedą to jakieś śmieszne grosze, które nie zwrócą kosztów leczenia ?
( Ubezpieczenie, o którym wspomniałem jest jedynym jakie posiadam )