Witam,
Miałem złamanie kości łódeczkowatej w nadgarstku jakieś 4 lat temu.
Poza mocnym bólem nie było większych objawów jak obrzęk, opuchlizna, sygnalizujących złamanie, ręka była tylko mocno "oszczędzana".
Ból nie przechodził więc po jakiś 2, 3 miesiącach zgłosiłem się prywatnie do ortopedy, który po USG nic nie stwierdził, czyli: poczekać, jak nie przejdzie to rezonans magnetyczny. Wtedy po jakimś kolejnym miesiącu wyszło już złamanie i staw rzekomy.
Na operację zespolenia kości czekałem jakieś 2 lata, miała miejsce w listopadzie 2016 roku.
Do dziś mam mocno ograniczony zakres ruchu w nadgarstku, nie mogę się na nim podeprzeć.
Pytanie czy po takim czasie jest jakaś szansa, żeby dostać jakieś odszkodowanie? od jakiś 8 lat, ciągiem, jestem ubezpieczony przez zakład pracy u tego samego ubezpieczyciela.
Poczytałem, że przedawnienie występuje po 3 latach, ale nie mam żadnej karty informacyjnej z owego wypadku, pierwszym moim dokumentem jest właśnie wykonane prywatnie USG. Czy karta informacyjna z samego wypadku jest podstawą?
Czy może to być nawet wizyta prywatnie po kilku miesiącach? Zważając na fakt, że złamanie tej właśnie kości często nie objawia się od razu w wyraźny sposób. Jest szansa podpiąć to pod uraz z datą, kiedy zgłosiłem się do szpitala i zlecono operację?
Z góry dziękuję z jakakolwiek informację.
Pozdrawiam