Mój czeski lekarz nazywał się prosto: Marek Pietras 🙂 i uściskałabym go przy najbliższej okazji 🙂 To on powiedział mi, że mam dwa wyścia: operacja albo gips. Po operacji miałabym dojść do siebie szybciej, ale sam powiedział, że na moim miejscu nie dałby sobie w kościach dłubać hihihi. Doznałam szoku, kiedy o 19.15 zapytał mnie jak się czuję (a było już po zagipsowaniu) i czy wszystko ok, ale i czy na pewno ok. Pogadaliśmy sobie jeszcze tak po przyjacielsku na różne tematy (całe szczęście, że znał angielski), po czym zapytał: czy już się dobrze czuję i czy on może już iść do domu??????? Okazało się, że miał dyżur do g. 19. I jeszcze, że jak ja chcę, to jeszcze może ze mną zostać. Wow!!!!!!! Wyszedło ok. 19.30. Nie wspomnę, że był lat ok. 40 i... fajny przystojniaczek 🙂 A po powrocie do Polski - kolejny szok: "gdzie k... pan podjeżdżasz?! To podjazd dla karetek!"
Hmm, mogę skomentowć - fajnie, że połamałam się w Czechach 😉